Mazowsze. Serce Polski, nr 11 (91) 2025
Strażnik wyobraźni
Autor: Fot. Aneta Gosiewska
— Sztuka zawsze otwierała nowe perspektywy i to bardziej niż inne dziedziny działalności człowieka. Otwierała przed ludzkością to wyjątkowe pole widzenia bezsprzecznej urody świata. Możemy wciąż czytać i współtworzyć tę urodę, być może jako jedyni we wszechświecie — opowiada Józef Wilkoń, jeden z najwybitniejszych artystów, ilustrator, malarz i rzeźbiarz, laureat Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida 2025 w kategorii „Sztuki Plastyczne”.
Przybywając do domu i pracowni Mistrza, nie sposób nie dostrzec, jak to spójne dzieło wyraźnie kontrastuje z tym wszystkim, co oferuje współczesny świat, nie tylko zresztą sztuki…
Tak. Na świecie dzieją się w tej chwili rzeczy wyjątkowo niepokojące i dramatyczne. Jest pulsujący powszechny niepokój, ale i troska, czy ludzkość aby temu podoła. Niektórzy mówią wręcz, że jesteśmy u progu wojny. Od razu rodzi się pytanie: a jaka to może być wojna? Próbujemy odpowiedzieć też na inne pytania: jak zapobiec decyzjom szaleńców? Co snuje się w mózgach niepoczytalnych ludzi? Ale z drugiej strony ludzie wciąż tworzą, budują świat, w imię pojęcia dobra i piękna. Malują, piszą, komponują. Czy potrafimy to wszystko, co dzieje się wokół nas utrzymać w jakichś przyzwoitych proporcjach? Mamy nadzieję…
Sztuka nadal daje nadzieję?
Musi dawać i daje. Nie można przecież powiedzieć, żeby sztuka była bardziej bezradna niż to, co się dzieje w tych wszystkich bardziej lub mniej uchwytnych polach naszej cywilizacji. Sztuka zawsze otwierała nowe perspektywy i to bardziej niż inne dziedziny działalności człowieka. Otwierała przed ludzkością to wyjątkowe pole widzenia bezsprzecznej urody świata. Możemy wciąż czytać i współtworzyć tę urodę, być może jako jedyni we wszechświecie. Miara i sens tego, co człowiek potrafi wyrazić w sztuce idzie wprost od zachwytu nad przyrodą, nad istnieniem. Jakże to cudowna zbieżność – aktywności ludzkiej i mocy natury.
Słuchając Pana, trudno zakwestionować sens istnienia nadziei. Pana postawa i dzieło to sposób na ocalenie dziecięcej wyobraźni i nieprzystającej do naszych czasów wrażliwości.
Ja przynajmniej szukam tej nadziei i czerpię nadzieję, pracując. Przy wszystkich stanach zagrożeń, tego wszystkiego, co się dzieje w świecie, to mnie przy moich 95 latach pracuje się wręcz zdumiewająco dobrze. Ale myślę, że ten stan nie dotyczy tylko mojej osoby. Wszyscy starcy, wielcy mistrzowie – Tycjan, Rembrandt, Picasso pracowali aż do późnej starości. Mówię to z pokorą i należytym dystansem.
Zdaniem niektórych sztuka to pojęcie niemożliwe do kompletnego określenia, a dla Pana?
Jest mi ogromnie trudno słownie to definiować. Ale jak zastanawiam się nad życiem, nad starzeniem się, przemijaniem, umieraniem, nad procesem życia, nad procesem sztuki, to jestem w stanie rozumieć to jako szczególny i jakże spójny dar natury. Istniejemy, uczestniczymy w procesie życia i tworzymy własne piękno śladami natury. Przez lata, nie ukrywam, pozostaję wierny definicji Leonardowskiej, mianowicie, że piękno sztuki wyprowadza się z potrzeby naśladowania piękna natury. Oczywiście, przez wieki doszliśmy do rozwiązań, w których kwestionujemy tę definicję. Ba, nawet wręcz ją obalając i tworząc własną rzeczywistość w sztuce, sprowadzając ją do absurdu. Jednak sztuka, rozumiana jako przekaz narracyjny, ma się cały czas dobrze. I wracając raz jeszcze do Pana pytania, jest ona rzeczywiście jakimś wykładnikiem nadziei. Ta nadzieja towarzyszy temu, co robię. Nawet bym powiedział, że sztuka niesie nie tylko nadzieję, ale wręcz pewność… Dopóki tylko współczesny człowiek nie zrobi jakiegoś katastrofalnego głupstwa. Myślę tu np. o realnie istniejących zagrożeniach atomowych czy niekontrolowanym rozwoju nowych technologii.
Wnioskujemy, że rozwój cywilizacji nie jest adekwatny rozwojowi sztuki…
Możemy w tym miejscu posłużyć się przykładem malarstwa jaskiniowego. Przecież przy tak skromnych narzędziach, jakimi dysponował i posługiwał się ówczesny człowiek, dało to tak niebywałą ekspresję wyobraźni i obserwacji, którą podziwiał potem np. Picasso, niekiedy ją naśladując.
Ma Pan bardzo spójny język wizualny. Z biegiem lat publiczność zawsze oczekuje od artystów czegoś nowego. Pan jest wierny tematyce, stylistyce. To formy się zmieniają.
Tak, cały czas zmieniam warsztat. Na studiach w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie wiedziałem, że rozwój mojego malarstwa nie pójdzie tak, jak to było w tamtym czasie modne, czyli w kierunku abstrakcji, tylko będzie związany z narracją w sztuce. To się wyraża praktycznie w każdej mojej działalności, w rzeźbie, w malarstwie, w malarstwie na porcelanie, no i przede wszystkim w ilustracji, w której to narracja jest rzeczą z natury przecież oczywistą. Jestem i będę artystą przekazu. Po mojej wystawie w warszawskiej Zachęcie „ARKa WiLkoniA”, blisko 20 lat temu profesor Andrzej Mencwel nazwał mnie narratorem, porównując moje prace plastyczne i rzeźby do poezji Leśmiana.
Jakie są Pana najbardziej ulubione projekty ilustracyjne? Co sprawiło, że tak zapadły w pamięć?
Od dawna traktuję literaturę jako partnera do własnej wypowiedzi. Moje ilustracje są rodzajem „akompaniamentu”. Moje najbardziej pamiętne książki zaczęły się od tekstów, które przemówiły do mnie w konkretnym momencie mojego życia. I przez lata przemawiają niezmiennie z tą samą mocą. To „Don Kichot” Cervantesa oraz „Pan Tadeusz” Mickiewicza.
A co miało największy wpływ na Pana tak bardzo własny styl ilustrowania?
Ogólnie biorąc malarstwo. Wypracowałem i rozwijałem swój styl w ilustracji, wprowadzając do książki malarstwo. Z czasem zająłem się problemem graficzności, bo w książce dominuje grafika i typografia. I za grafikę i za typografię udało mi się dostać kilka nagród w konkursach Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (PTWK) na najpiękniejszą książkę roku.
Co w dzisiejszych czasach poradziłby Pan młodym ilustratorom?
Dobrzy ilustratorzy książek są strażnikami wyobraźni. Poradziłbym: pracuj i ucz się. Obserwuj to, co dzieje się wokół ciebie, podziwiaj naturę, szukaj i znajduj swoich mistrzów, ale bądź zawsze sobą. Sztuka potrzebuje autentyczności. Ale również czasu, cierpliwości, wytrwałości, pokory i poświęcenia. Nie ma sukcesów bez pracy. Trzeba odeprzeć złudne pokusy, walczyć o swoje racje, a najważniejsze – lubić to, co się robi.
Budulcem Mistrza praktyki, ale przecież i częstym symbolem, do którego wciąż na nowo wraca, są drzewa, można powiedzieć „doskonałe rzeźby”, ponieważ utrwalają swoje istnienie w samym swoim kształcie. Czy możemy rozwinąć ten temat?
Drzewo jest żywą istotą, wprawdzie uwięzioną w ziemi, ale wszystkie jego elementy, jego gałęzie, liście i korzenie są majstersztykiem mechanizmu stworzonego przez naturę tak, aby wychwytywać i światło, i wodę, i wszystko, co potrzebne do jego rozwoju. To prawda, mam wielką wdzięczność i szacunek do drzew. Nie znajduję nic piękniejszego od starzejącego się drzewa. A potem ta patyna drewna, które zostaje po śmierci drzewa i staje się jego drugim życiem. Kocham las. Kocham przyrodę. Ostatnio byłem gościem w Ośrodku Kultury Leśnej w Gołuchowie. Cudowne inspirujące miejsce z cudownym parkiem. Są tam całe grupy kilkusetletnich drzew. To jest majstersztyk! I tam miałem szczęście wystawiać swoje olbrzymie rzeźby z drewna, jak moje wilkołaki. One tu przy domu, w ogrodzie wydają się monstrualne, a tam, na tle grupy starych dębów, były takie małe.
Gdzieś pośród drzew narodziła się miłość między drozdem a panią drozdową. Prosto i wzruszająco przez Pana spisana i zilustrowana historia w książce dla dzieci (ale nie tylko przecież dla dzieci) „Pani Drozdowa”. To nie śmierć nas unieśmiertelnia… Czy trzeba coś dodawać?
Książkę zadedykowałem pamięci Małgorzaty – mojej żony. W zasadzie nic więcej nie trzeba dodawać.
W Gołuchowie miał Pan też warsztaty z najmłodszymi adeptami sztuki, czyli dziećmi. Jak zapamiętał Pan to międzypokoleniowe spotkanie?
Szczęśliwie trafiłem na grupę dzieci, które prowadził któryś z tamtejszych artystów. Dobrze prowadził, a to ma duże znaczenie. Dzieci malowały przepięknie. Owocem tego spotkania była wystawa. Przy moich rzeźbach wystawiono w krajobrazie ich prace.
A jak ważne jest, aby dzieci rozumiały twórczość wielkich artystów? Od wielu dekad ilustruje Pan głównie książki dla najmłodszych.
Pierwsze książki, które widzą dzieci, to książki obrazkowe. Są więc pierwszym wprowadzeniem do świata sztuki. Tekst i obrazy w tych książkach powinny być tak dobre, jak to tylko możliwe. Ilustracja bywa postrzegana jako ubogi krewny sztuk pięknych, ale byli i nadal są genialni artyści pracujący dla dzieci. Ich celem jest wywołanie emocji u dzieci, kiedy same biorą się za malowanie. Z pasją i zapamiętaniem, z jakim trudno spotkać się u dorosłych.
Podróżował Pan po całym świecie. Kilkadziesiąt lat temu osiadł w podwarszawskim Piasecznie. Jak bardzo Mazowsze może być inspirujące dla artysty? Czy Piaseczno to Pana miejsce na Ziemi?
Mazowsze jest krainą szczególnej urody pejzażu. Cudowne drogi z cenną historyczną zabudową i dorodnym drzewostanem. W Piasecznie mieszkam kilkadziesiąt lat i obserwuję jak się pięknie zmienia i rozwija. Przyjęło mnie bardzo życzliwie. Przypomnę, jestem Honorowym Obywatelem Piaseczna. To miasto stało się moim miejscem na Ziemi. Stworzyłem i zagospodarowałem tu swój dom i ogród.
W Piasecznie działa Fundacja „Arka” im. Józefa Wilkonia, która powstała w 2009 roku. Czym się zajmuje?
Jej głównym celem jest ochrona i promocja zarówno mojego dorobku artystycznego, jak i ogólnych wartości związanych ze sztukami pięknymi, a w szczególności ilustratorstwem i sztuką edytorską. Zwieńczeniem różnych aktywności związanych z moją osobą ma być otwarcie Muzeum Sztuki Współczesnej Józefa Wilkonia, które będzie działało w budynku dawnej remizy strażackiej przy ul. Puławskiej 3.
Za wystawę „Józef Wilkoń. Białe złoto” w Van Rij Gallery w Ćmielowie otrzymał Pan Nagrodę im. Cypriana Kamila Norwida w kategorii „Sztuki Plastyczne”. Z jakimi emocjami odbierał Pan to wyróżnienie?
Z Norwidem, wspaniałym patronem tej nagrody, kojarzy mi się nadanie sztuce społecznego, powszechnego odbioru. To Norwid zapoczątkował współczesne rozumienie pojęcia obywatel. Kiedy znalazłem się wśród nagrodzonych, pozwoliłem sobie zwrócić się do ludzi: „Polacy! Weźcie się w garść. Przestańcie się dzielić! Można dzielić się opłatkiem, ale Polski dzielić na połowę nie wolno. To jest jakaś paranoja. A to się dzisiaj w domach polskich dzieje. Polskę, kraj Norwida, dzielimy na połowę?”.
Spotykamy się w przededniu Narodowego Święta Niepodległości. To naprawdę znakomite życzenia, nie tylko na ten dzień…
Tak, świętujemy rocznicę odzyskania niepodległości Polski w 1918 roku, by w 1920 roku skutecznie ją obronić. Przypominam czas, w którym Polacy potrafili zjednoczyć się w wysiłku, by pokonać i przepędzić bolszewików maszerujących na podbój Europy. To obrazuje nieźle, że jednomyślność i porozumienie w sprawach kluczowych dla kraju jest w polskim zasięgu.
A czym stało się dla Pana samo malowanie na porcelanie dla manufaktury w Ćmielowie? To chyba doświadczenie zupełnie nowe?
Faktycznie. Z porcelaną pracowałem po raz pierwszy. Ale i podczas tego zadania kierowałem się własną intuicją i udało mi się wprowadzić rozwiązania, które wydawały mi się być w opozycji wobec klasycznej techniki. Dotyczy to głównie sposobu używania złota i moich skłonności do szukania nowych struktur. To, co dotychczas kojarzyło się z moim malarstwem na papierze czy na płótnie, przyjęła wdzięcznie porcelana.
